![]()
Prymas Tysiąclecia - Kardynał Stefan Wyszyński
![]()
Udałem
się na górę, ze mną kilku panów. Dom był pełen ludzi i na dole-i przed
kaplicą. W prywatnym mieszkaniu polecono mi zabrać to, co mi jest potrzebne. Oświadczyłem,
że nic zabierać nie mam zamiaru. Jeden z urzędników zaczął tłumaczyć, że
życie ma swoje wymagania. Odpowiadam, że tym wymaganiom każdy obywatel czyni
zadość w swoim domu. Na próby perswazji ponawiam protest raz jeszcze
przeciwko nocnemu najściu na mój dom. Urzędnik nalega, bym przystąpił do
zbierania swoich rzeczy. Przychodzi siostra Maksencja, która przyłącza się
do tych nalegań. Odpowiadam: "Siostro, nic nie zabieram. Ubogi przyszedłem
do tego domu i ubogi stąd wyjdę. Siostra składała ślub ubóstwa i wie, co
on znaczy". Panowie zaczynają się denerwować. Jeden z nich zabiera
walizy i udaje się do sypialni.
Przyprowadzono
biskupa Baraniaka. Pytają mnie: „Kto tu jest gospodarzem?”
Odpowiadam: „Nie wiem, kogo zabieracie. Gospodarzem podczas mej nieobecności
jest zawsze biskup Baraniak”. Składam księdzu biskupowi oświadczenie,
że to, czego jest świadkiem, uważam za gwałt. Proszę, by nikt nie podejmował
mojej obrony. W razie procesu, nie chcę adwokatów. Bronić się będę sam.
Biskup Baraniak odchodzi. Pozostaję dłuższy czas w pracowni; porządkuję książki.
Wreszcie jeden z panów proponuje, byśmy przeszli do gabinetu przyjęć.
Przechodzimy na drugą stronę domu. Tutaj zdołałem pozbierać nieco papierów
i złożyć do szafy. Zauważyłem kilka nowych papierów, gotowych do
podpisania; zaopatrzyłem je w podpisy i złożyłem na zwykłym miejscu. Od tej
chwili nie widziałem już nikogo z domowników. Nie widziałem ani księdza Goździewicza,
ani księdza Padacza. Przyniesiono mi palto i kapelusz. Wziąłem brewiarz i różaniec.
Proponują mi przejście do prywatnego mieszkania. Wracam do pracowni. Pytają
mnie, czy wszystko zabrałem. Raz jeszcze protestuję przeciwko gwałtowi,
niczego nie zabieram, mam brewiarz i różaniec. Wychodzimy na korytarz. Chcę
wstąpić do kaplicy. Przedstawiciel Władzy stawia warunek: ,,O ile ksiądz
Prymas nie będzie stawiał oporu, bo i po cóż mamy się szarpać". - Nie
przyjmuję tego warunku. Wstąpiłem na chwilę do kaplicy, by spojrzeć na
tabernakulum i na moją Matkę Bożą - w witrażu. Zeszliśmy na dół. Z progu
raz jeszcze spojrzałem na obraz Matki Bożej Jasnogórskiej, wiszący nad wejściem
do Sali Papieskiej, raz jeszcze złożyłem protest i wyszedłem do samochodu.
Wsiadło 3 panów. Nie wiem dokładnie, która mogła być godzina, gdy
opuszczaliśmy bramę ulicy Miodowej. W każdym razie - na pewno po godzinie
24.00.
Samochód
skierowano w ulicę Długą; otoczyło nas 6 innych. Cała ekipa ruszyła koło
pałacu Mostowskich na linię W-Z, przez most Śląsko-Dąbrowski i Zygmuntowską
ku Jabłonnie. Droga prowadziła na Nowy Dwór, Dobrzyń nad Drwęcą, do Grudziądza.
Po drodze nie mogłem odczytać żadnych drogowskazów. Widniało, gdy
zatrzymaliśmy się na północnym przedmieściu Grudziądza. Po krótkim
postoju zawróciliśmy w kierunku Jabłonowa. Ludzie dążyli do pracy.
Przyjechaliśmy z powrotem do Rywałdu. Było to miejsce mojego przeznaczenia.
Wjechaliśmy w puste podwórze gospodarcze klasztoru Ojców Kapucynów. Dość długo
czekałem w wozie, zanim "pan w ceracie" zaprosił mnie do wnętrza
brzydkiego budynku. Wprowadzono mnie do pokoju na pierwszym piętrze. Oświadczono
mi, że to jest miejsce mego pobytu, że nie należy wyglądać oknem. Nadto
dowiedziałem się, że za kilka dni będzie przeprowadzona ze mną rozmowa na
temat mej obecnej sytuacji. Mój konwojent usłyszał raz jeszcze dokładnie
sprecyzowane moje stanowisko wobec faktu dokonanego.
Protestuję
na jego ręce przeciwko gwałtowi, przeciwko sposobom postępowania z
obywatelem, którego państwo mogło dosięgnąć w inny sposób, zgodny z
Konstytucją. Protestuję przeciwko uniemożliwieniu mi sprawowania rządów nad
diecezjami gnieźnieńską i warszawską. Protestuję przeciwko pogwałceniu
jurysdykcji Stolicy świętej, którą wykonywałem na mocy uprawnień
specjalnych. Oświadczam, że czyn dokonany przez Rząd jest bardzo szkodliwy
dla Rządu, gdyż spowoduje ataki radia i prasy zagranicznej. Protestuję
przeciwko zakazowi spoglądania przez okno.![]()
Rozejrzałem
się w swoim pokoju, który nosi ślady niedawnego zamieszkania przez któregoś
z Ojców Kapucynów.
Zostałem
sam. Na ścianie, nad łóżkiem, wisi obraz z podpisem: ,,Matko Boża Rywałdzka,
pociesz strapionych". To był pierwszy głos przyjazny, który wywołał
wielką radość. Przecież stało się to, czym tyle razy mi grożono: pro
nowinę Jesu contumelias pali. Lękałem się, że już nie będę miał udziału
w tym zaszczycie, którego doznali wszyscy moi koledzy z ławy seminaryjnej.
Wszyscy oni przeszli przez obozy koncentracyjne i więzienia. Większość z
nich oddała tam swe życie; kilku wróciło w stanie inwalidztwa, jeden umarł
po odbyciu więzienia polskiego. W ten sposób wypełniła się w części
zapowiedź, którą w roku 1920 na wiosnę dał nam profesor liturgiki i
dyrektor Seminarium Niższego we Włocławku, ksiądz Antoni Bogdański.
Niezapomniany ten człowiek podczas pewnego wykładu liturgii powiedział:
"Przyjdzie czas, gdy przejdziecie przez takie udręki, o jakich człowiek
naszego wieku nawet myśleć nie umie. Wielu kapłanom wbijać będą gwoździe
w tonsury, wielu z nich przejdzie przez więzienie..." Niewielu z moich
kolegów zapamiętało te słowa. Zapadły mi one głęboko w duszę. Gdy w roku
1939 odwiedzałem księdza Bogdańskiego w Skulsku na łożu śmierci, pamiętałem
o nich. Kazał mi wtedy gotować się do ciężkiej i odpowiedzialnej drogi, która
w życiu kapłańskim mnie czeka. Oczy tego płonącego człowieka patrzyły z głębi
zapaści niezwykłym światłem. Na pierwszym zjeździe koleżeńskim, po
wojnie, przypomniałem kolegom te słowa; ci, co pozostali, nie robili wrażenia,
by je zapamiętali.
Kolegom
moim należy się tu choćby krótkie wspomnienie. Otrzymali święcenia kapłańskie
z rąk biskupa Stanisława Zdzitowieckiego, w Bazylice Katedralnej Włocławskiej
29. VI. 1924 roku. Było nas razem 17, chociaż nie wszyscy stanęli w tym dniu
do święceń, jako że 2 już było na studiach w Lilie, a ja znalazłem się w
szpitalu, chory od tygodnia na płuca. Z tej gromadki zginęli w Dachau: ksiądz
Stanisław Michniewski, ksiądz Julian Konieczny, ksiądz Jan Mikusiński, ksiądz
Jan Fijałkpwski, ksiądz Zygmunt Lankiewicz, ksiądz Bronisław Placek, ksiądz
Stanisław Ogłaza.
Wrócili
z obozu koncentracyjnego: ksiądz Józef Dunaj, nasz dziekan kursowy, ksiądz
Stefan Kołodziejski, ksiądz Wojciech Wolski, ksiądz Marian Sawicki, ksiądz
Antoni Kardyński, ksiądz Antoni Samulski. Uniknąłem obozu tylko ja, dzięki
temu, że na polecenie biskupa Michała Kozala opuściłem Włocławek na kilka
dni przed drugim aresztowaniem duchowieństwa. Jeszcze przed wojną zmarł nasz
kolega, ksiądz Konstanty Janie, na gruźlicę. Koledzy, którzy wrócili z
obozu, są niemal inwalidami. Ksiądz Kardyński był "królikiem doświadczalnym"
i ciężko chorował na zaszczepioną (legmonę. Ksiądz Antoni Samulski dostał
się do więzienia polskiego jako dyrektor "Caritas" diecezji wrocławskiej
i wyszedł zeń z tak złamanym zdrowiem, że nie udało się go uratować.
Takie
są dzieje jednego tylko kursu kapłanów polskich w wieku XX. Mój brat Tadeusz
odsiedział obozy i więzienia: sowieckie, niemieckie i polskie. Większość
księży i biskupów, z którymi pracowałem, przeszła przez więzienia. Byłoby
coś niedojrzałego w tym, gdybym ja nie zaznał więzienia. Dzieje się więc
coś bardzo właściwego; nie mogę mieć żalu do nikogo. Chrystus nazwał
Judasza "przyjacielem". Nie mogę mieć żalu do tych panów, którzy
mnie otaczają i byli dla mnie dość grzeczni. Ona mi przecież od dawna była
oczywista dla wszystkich. Muszę doceniać to, co mnie tych ludzi spotyka.
Za:
Stefan Wyszyński
„Zapiski
więzienne”
Ewangelia
Cierpienia źródłem
nadziei
,,
Niech w Waszym trudnym życiu zwycięży Bóg!"
![]()
![]()
Ostatnia
modyfikacja:
maj, 2003
romans@idn.org.pl
![]()